Grocal’s Game of the Year 2008

2009.02.09 15:00 | Games | brak komentarzy »

No cóż… Mamy różne zestawienia, różne tytuły Gry Roku, więc dlaczego ja nie mogę wydać swojej, subiektywnej i całkowicie niezależnej od nikogo opinii? Mogę i to właśnie zrobię.

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze – nie mam zbyt dużo czasu na granie. Nie wynika to z mojej niechęci do tego typu rozrywki ale po prostu życie mi na to nie pozwala. Poza tym – wbrew pozorom – potrafię zorganizować swój wolny czas na inne sposoby. Staram się jednak od czasu do czasu wygospodarować co nieco czasoprzestrzeni i przeznaczyć ją na tradycyjne, bezstresowe granie. Opierając się na tych skrawkach doświadczeń postaram się stworzyć TOP-10 2008.

W 2008 roku trafiło w moje ręce wiele ciekawych tytułów. Po raz pierwszy w historii nie są to jedynie gry na PC. Na mojej półce znalazły się także produkcje przeznaczone na Nintendo DS i Xbox 360. Najciekawszą dziesiątkę przedstawiam poniżej.

10. Fallout 3 (PC)

Trzeba pamiętać, że jestem starym, zramolałym graczem, który pamięta wersję demo Fallouta dodaną na CD dołączonym do jednego z pierwszych numerów CD-Action. Fallout 3 to niestety nie jest gra, której oczekiwałem. Gdyby jej tytuł brzmiał np. Atomic DC czy Megaton Adventures, to nie miałbym żadnego żalu do twórców. Fallout 3 nie ma ani grama ducha swoich poprzedników. Jest dobrą grą ale złym Falloutem.

9. Fable II (X360)

Gra RPG, która miała pozwolić na wiele. W sumie nawet pozwala ale po pewnym czasie przestaje to bawić, bo nie ma to odzwierciedlenia w rzeczywistej grywalności. RPG Molyneux daje możliwość bycia złą lub dobrą postacią pokazując jednocześnie, że wybór faktycznie ma jakiś wpływ na grę. Niestety główny wątek gry jest zbyt oderwany od możliwości jakie dawać może szeroko pojęta swoboda w działaniu. Uproszczenia w rozwoju postaci, irytująca postać psa towarzyszącego nam w rozgrywce (I’m a cat person, BTW!), rozgrywka polegająca na regularnym wciskaniu przycisku na padzie sprawia, że z pozoru złożona gra staje się prymitywną przygodówką w stylu od punktu A do punktu B. Plusy? Fenomenalna grafika, muzyka, angielski dubbing i miłe początki odkrywania możliwości gry.

8. King’s Bounty (PC)

Gra w sam raz dla mnie. Turówka. Można przez godzinę klepać projekt w PHPie a potem na 10 minut skoczyć do gry i wykonać jakiś quest lub rozegrać bitwę a może nawet tylko przesunąć jedną jednostkę i „alt-tabnąć” z powrotem do pracy. King’s Bounty jest piękną, klasyczną grą. Nie ma tu wydumanych rozwiązań, megabajtów tekstur, HDRów, wymyślnych akcji, nowatorskich rozwiązań. To po prostu perełka z przeszłości ubrana w dzisiejsze szaty. Na takim silniku spokojnie widziałbym faktycznego Fallouta 3.

7. Assassin’s Creed (PC)

Przy okazji rejestracji tej gry wziąłem udział w konkursie, w którym wygrałem książkę o wyprawach krzyżowych. Tematyka dość popularna i lubiana przez wielu ludzi. Uwielbiam Królestwo niebieskie Scotta i polubiłem również Altaira. Gra jest pięknie wykonana, fabuła nawet wciąga a tapeta z Jade Raymond swego czasu nie schodziła z mojego pulpitu ;) Acha! Assassin’s Creed na PC, to jedna z niewielu gier w którą na blaszaku lepiej grało mi się padem.

6. Lost Odyssey (X360)

Klasyczny, japoński RPG na niejapońską konsolę. Dwa nazwiska, które stoją za tym tytułem gwarantują rewelacyjną zabawę – twórca Final Fantasy Hironobu Sakaguchi oraz kompozytor muzyki do owej serii – Nobuo Uematsu. W Lost Odyssey znajdziemy wszystko, co w jRPGu znaleźć powinniśmy: turowy system walki z tzw. ATB urozmaicony w tym przypadku specjalnym, zręcznościowym elementem, epicką (jak ja nie lubię tego słowa) aczkolwiek typowo liniową fabułę dodatkowo wzbogaconą przez fenomenalne, krótkie opowiadania autorstwa Kiyoshi Shigematsu, rewelacyjną muzykę i mnóstwo miejsc, mapek, postaci, przedmiotów, uzbrojenia itd. W oczekiwaniu na Final Fantasy XIII warto pograć w coś, co wygląda na produkt Square Enix a de facto nim nie jest.

5. Chrono Trigger (NDS)

Jedyna gra w zestawieniu, która nie dość, że wygląda jak na SNESa, to do tego gra się w nią na małych ekranikach przenośnego Nintendo, czyli na DS. Chrono Trigger, to niemal czysta konwersja tytułu z SNESa. Po raz pierwszy oficjalnie w Europie, po angielsku (a nie w engriszu), bez większych zmian. Jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza gra Squaresoftu. Nazwiska? Dwa z gry opisanej wcześniej :) Do tego jeszcze dizajn postaci stworzony ręką Akiry Toriyamy, czyli taty Dragon Balla. Naprawdę warto zagrać. Dla fanów jRPGów, to chyba „a-must-have”.

4. Mirror’s Edge (X360/PC)

Jedna za najbardziej oryginalnych pod względem pomysłu i wykonania gier roku 2008. Najnowszy Unreal Engine, sterylnie wyglądające dachy wieżowców orwellowskiego miasta, fabuła autorstwa córeczki pana Pratchetta (tego od Świata Dysku) i zwinna kurierka Faith Connors biegająca po dachach w stylu parkour. Gra jest ciekawa, da się w nią grać na padzie (mało strzelania – więcej biegania i skakania) i wbrew pozorom nie jest tak irytująca jak twierdzą recenzenci. Ma niestety jedną wadę. Jest krótka. Wynika to zarówno z fabuły jak i z charakteru samej gry zmuszającej do pokonania poziomu jak najszybciej i z jak najmniejszymi problemami. W moim rankingu wysoka pozycja za oryginalność.

3. World of Warcraft: Wrath of the Lich King (PC)

Drugi dodatek do WoWa. Dużo można mówić o tej grze? Ostatni bastion gamingu na PC. Kolejne euro wysysane przez Activision-Blizzard. Wszędzie kryzys a oni są na plusie. Coś jednak ciągnie mnie raz na jakiś czas do odwiedzenia Azeroth. Wrath of the Lich King przynosi sporo: nowy kontynent, nową klasę bohaterską – Death Knight, achievmenty i wszystko to, co do tej pory stanowiło o sile World of Warcraft. Nic to Oleńka, trza wracać druida levelować.

2. Left 4 Dead (PC)

Silnik Source na którym śmiga(ł) Half-life 2 ma już swoje latka. Wystarczy jednak dodać niesamowity pomysł i powstaje gra – perełka. Z pozoru niby nic nowego. Musimy przejść poziom pełen zombie. Gdzie więc jest to coś, co odróżnia L4D od innych gier? Po pierwsze, gramy w czteroosobowej drużynie w której każdy jest ważny. Na wyższych poziomach trudności nie ma szans na przeżycie po stracie towarzysza. Po drugie, inteligencja przeciwników a właściwie generatora przeciwników. Mechanizm niczym w Diablo – każde przejście poziomu to przeciwnicy i fale ich ataków w całkiem różnych miejscach czasoprzestrzeni. Oddalisz się od oddziału i już leci na Ciebie sfora diabelnie szybkich nieumarłych rodem z 28 Days Later. Prosta a jednocześnie wymagająca gra, która za każdym razem jest inna.

1. Grand Theft Auto IV (X360)

Do dnia dzisiejszego grałem jedynie w GTA i GTA2. Seria zapoczątkowana przez dodanie numerka „3″, w której nagle ze zwykłego złodzieja samochodów przeistaczamy się w półprofesjonalnego bandytę, była dla mnie nie do przełknięcia. Tak też myślałem o GTA IV. Do czasu. Tak jak ciężko krytykować Radio Maryja nie słuchając go, tak ciężko było mi wydać opinię o GTA IV nie grając w nią. Skoro moja decyzja o przyznaniu tytułu Grocalowej Gry Roku 2008 padła na przygody Niko Bellica łatwo się domyśleć, że wcześniejsze moje negatywne odczucia obróciły się o 180 stopni. GTA IV to nie jest symulator bandyty, symulator Nowego Jorku, zlepek kilku mini gierek, misji, postaci i fabuły. GTA IV to wykonana z rozmachem i pomyślunkiem satyra (a może przejaskrawiona prawda?) na to, co pozostało z szumnego niegdyś amerykańskiego snu. Zamiast rezydencji – dziupla z karaluchami, zamiast biznesu – legalne ciułanie zielonych przez 18 godzin na dobę lub „easy money” z ryzykiem odsiadki, deportacji lub kulki w głowie, zamiast pięknych kobiet – dziwki, striptizerki albo i zwykłe dziewczyny z niemniejszymi problemami niż szukający swego miejsca w USA Niko. Warto na GTA IV spojrzeć nieco głębiej niż na zwykłą grę. Welcome to America!

Tak więc tytuł Grocal’s Game of the Year 2008 idzie w ręce panów i pań z Rockstar za ich Grand Theft Auto IV.

Dorzucę jeszcze dwa tytuły.

  • Niespodzianka roku – World of Goo, za pokazanie niesamowitych możliwości programistycznych połączonych z grywalnością na poziomie Tetrisa.
  • Rozczarowanie roku – Spore, za rozdmuchane do granic możliwości a w efekcie niespełnione oczekiwania oraz drakoński DRM jak zwykle w takich przypadkach walący po jajach (tudzież – bo ja wiem – piersiach?) legalnego użytkownika.

Pobór mocy urządzeń w domu

2009.01.19 21:30 | Hardware | brak komentarzy »

Trafił w moje ręce mały gadżet. Nazywa się to popularnie „kontrolerem kosztów” i służy przede wszystkim obliczeniu ile wydajemy na zużyty prąd. Urządzonko ma postać typowego rozgałęźnika – jedno gniazdko wchodzi a drugie wychodzi. Do tego mamy zasilany bateryjnie wyświetlacz LCD pokazujący szereg parametrów przepływającego prądu i podłączonego do gniazdka urządzenia. Możemy więc sprawdzić moc pobieranego prądu, współczynnik mocy, koszt prądu wg. ustawionej taryfy, napięcie prądu itp.

Oczywiście mając taki bajer w rękach postanowiłem doświadczalnie zmierzyć „mocożerność” różnych urządzeń. Głównie tych związanych z rozrywką i pracą zawodową, bowiem mam je pod ręką ;) No to lecimy:

  • Manta Emperor II – 15W
  • Sony Playstation 2 – 27W
  • Monitor LCD BenQ FP93GP – 30W
  • Laptop HP DV9680 (normalna praca/pełne obciążenie 3D – „WoW”) – 40W/60W
  • TV LCD Sharp Aquos 32″ – 100W
  • Microsoft XBox 360 (Falcon) – 90-110W
  • TV LCD Sony KDL-46V3000 46″ – 200W
  • PC C2D e4400, 2GB RAM, nVidia GF 8800 GTS 320MB, 4xHDD, 2xDVD – 170-250W
  • Drukarka laserowa HP LJ1150 (stan spoczynku/drukowanie średnio/drukowanie max) – 6W/400W/700W

Na razie tyle statystyk. Drukarka rządzi ;)

Razer Mamba

2009.01.09 17:23 | Hardware | brak komentarzy »

Razer przedstawił nową myszkę przeznaczoną specjalnie dla graczy – Razer Mamba. Oczywiście zgodnie z zasadą „bigger, better, faster, more…” myszka przebija wszystko, co do tej pory widział rynek. Laserowy czujnik 3.5G działa z dokładnością 5600DPI. Dane przekazywane z częstotliwością 1000Hz. Siedem przycisków. Wewnętrzna pamięć przeznaczona na ustawienia myszki – analogicznie do posiadanego przeze mnie Steelseries Laser Mouse. Najciekawszym elementem myszki jest chyba jednak fakt, że jest bezprzewodowa… przewodowa… bez… OK. Jest i taka i taka – jak nam się podoba. No i pięknie wygląda. Osobiście chciałbym jedynie wiedzieć, czym pokryty będzie ów gryzoń, bo na razie, to ten element był pięta achillesową posiadanych przeze mnie egzemplarzy Razera.

Mróz + trolejbusy = błyskawice

2008.12.31 03:06 | Hardware | brak komentarzy »
http://www.grocal.pl/photos/elektryczne-owce.flv

Godzina trzecia w nocy. Sylwester. Pracuję w pocie czoła nad projektem n-tą godzinę, aż tu nagle przez zasłonięte żaluzjami okno wdziera się niesamowicie jasny blask. Na pierwszy rzut zmęczonego oka – wygląda jak burza. Tak naprawdę jednak jest to połączenie 600V napięcia trakcji trolejbusowej, „szelek” pojazdu oraz… mrozu. Wygląda niesamowicie!

Pure Pwnage na święta

2008.12.17 16:00 | WWW | brak komentarzy »

Czy jest jeszcze w wirtualnym świecie ktokolwiek, kto nie zna purepwnage.com i ich niesamowitej produkcji? Z okazji nadchodzacych Świąt Bożego Narodzenia Kyle, Jeremy, Dave, Doug oraz śp. T-Bag przygotowali specjalne wydanie znanej, anglojęzycznej kolędy – 12 Days of Christmas. Geek stuff warning! :)

http://www.grocal.pl/wp-content/uploads/2008/12/Pure Pwnage -- 12 Days of Christmas.mp3

Vista nie widzi komputerów w sieci

2008.11.30 17:48 | Windows | brak komentarzy »

Tytuł wpisu jest nieco mylny. Chodzi mi raczej o ogólną sytuację w której w sieci LAN komputery oparte na systemach Windows nie widzą udostępnionych zasobów ani samych komputerów. Pokażę Wam jak szybko i skutecznie rozwiązać odwieczny, bo w moim przypadku chyba pojawiający się od „zarania dziejów”, problem widoczności systemów w sieci Microsoft Networks.

Cały problem zaczął się od nagłego zniknięcia drukarki. Znaczy się fizycznie nie zniknęła. Stoi spokojnie za moimi plecami. Komputery w moim domowym LANie uznały nagle, że nie mają dostępu do drukarki. Zaczęło się od laptopa z Vistą ale za parę chwil ten sam problem pojawił się na stacjonarnym komputerze z Windows XP. Żaden z komputerów nie widział też mojego, do którego podłączona jest udostępniona drukarka.

Rozwiązanie przyszło oczywiście z sieci. Problem leży w czymś, co nazywa się WINS. W sieci Microsoft Networks szukanie komputerów po nazwie odbywa się przy użyciu właśnie serwera WINS. Prostymi słowami mówiąc komputery szukają nazw korzystając z WINS podobnie jak w przypadku TCP/IP i Internetu korzysta się z DNS. Problem w tym, że w naszych domowych sieciach nie ma serwerów WINS. To znaczy mogą być, jeśli ktoś uruchomi taką usługę na Windows Server (2003 i 2008) lub przy użyciu niezastąpionego Linuksa i Samby. Jeśli serwera w sieci nie ma, to komputery zaczynają uprawiać wolnoamerykankę. I tu jest pies pogrzebany.

Psa odgrzebać można prostą metodą. Jeżeli nasze maszyny w sieci mają stałe adresy IP a tak z reguły jest (Static DHCP na serwerze/routerze czy ręcznie wpisane adresy we właściwościach połączenia sieciowego), to nie ma problemu z określeniem jaki komputer ma jaki adres IP. Teraz trzeba tylko powiedzieć każdemu z nich o tych relacjach i wymusić korzystanie z tych informacji.

Załóżmy, że w naszej sieci mamy do czynienia z trzema komputerami o nazwach: alpha, beta i gamma. Załóżmy, że na każdym z nich jest zainstalowany Windows XP (w przypadku Visty sytuacja będzie analogiczna). Tworzymy plik lmhosts, który zawiera w sobie wspomniane wcześniej relacje adres IP <-> nazwa komputera.

192.168.1.2 alpha #PRE
192.168.1.3 beta #PRE
192.168.1.4 gamma #PRE

Jak widać w pliku zapisujemy adres IP i nazwę komputera kończąc linię wyrażeniem #PRE. Taki plik następnie dodajemy we właściwościach protokołu TCP/IP dla naszej karty sieciowej przyciskiem „Importuj LMHOSTS”. Zaznaczamy również opcję „Włącz system NetBIOS przez TCP/IP”. Restartujemy profilaktycznie system i nie powinniśmy już mieć problemów z widocznością komputerów w sieci. Operację powtarzamy na każdym komputerze w sieci.

Innym rozwiązaniem jest oczywiście uruchomienie serwera WINS w postaci Samby lub Windowsa 2003/2008. Myślę jednak, że w domowych warunkach wystarczy wyszukiwanie z pliku LMHOSTS.